czwartek, 29 września 2016

Szukając swojego miejsca na ziemi

Dawno mnie tu nie było i dawno nie publikowałam żadnego postu, ale ostatnie trzy miesiące były dla mnie bardzo intensywne pod względem pracy i wyjazdów służbowych tak więc niestety nie udało mi się znaleźć chwili czasu, aby z filiżanką kawy albo kieliszkiem wina coś ciekawego tu naskrobać.

Dzisiaj chciałabym Wam w kilku zdaniach opowiedzieć o miejscu, do którego trafiłam, kiedy szukałam swojego miejsca do przeprowadzki w niedalekiej mam nadzieję przyszłości. Szukając pensjonatu na weekend na Warmii i Mazurach natrafiłam na Łan Sztuk, miejsce, które chciałam parę lat temu odwiedzić, bo spodobał mi się klimat i atmosfera, jaka panowała na fotografiach prezentujących tą miejscówkę.

Z Warszawy do Łan Sztuk jechaliśmy ok. 3,5 h. Fakt, że jest już po sezonie z pewnością ułatwił nam przemieszczenie się w tamte rejony bez zbędnych korków.

Po przyjeździe na miejsce czekała na nas ciepła herbata z pigwą własnej roboty, ciepły kominek i przemili właściciele.

Łan Sztuk otoczony jest łąkami, które tworzą wrażanie i klimat Toskanii. Sam dom oddalny jest od wioski ok. 700 m więc możecie sobie wyobrazić, jaka panuje tam cisza. Jezioro oddalone jest o około 6 km. Do wynajęcia są 4 pokoje i dość spory dom. Do dyspozycji Gości jest fantastyczna klimatyczna kuchnia, a właściciele za dodatkową opłatą serwują bardzo smaczne domowe posiłki.

Miejsce idealne dla osób, które szukają ciszy i spokoju, a także oderwania się od miejskiego zgiełku. Raczej dla par, albo na babskie wyjazdy lub dla osób z dziećmi, którzy planują zwiedzanie okolicy.

Małym minusem jest brak miejsca w pobliżu, gdzie można wybrać się na obiad lub kolację, albo na kawę, ale być może to moje przyzwyczajenie z wyjazdów do Szuwar i Gałkowa, gdzie sporą część czasu spędzam w restauracji czytając książki lub grając w planszówki.

Adres:
Łan Sztuk
Stare Kawkowo 8
24 km od Olsztyna

Cena za osobę: 55 zł/ za dobę plus dodatkowe opłaty za posiłki.







Źródło: zdjęcia własne





Źródło: TUTAJ

sobota, 14 maja 2016

WoshWosh, czyli ostatni ratunek dla naszych ukochanych butów.

Jakiś czas temu jechałam gdzieś autem. Nie pamiętam już gdzie. Moją ulubioną stacją jest Chilli Zet, ale tym razem słuchałam Trójki. Natrafiłam akurat na audycję, która mnie bardzo zaciekawiła. A tematem głównym była renowacja zniszczonych butów.

Okazało się, że przez przypadek trafiłam na wywiad z założycielką firmy WoshWosh, która opowiadała o początkach firmy, a firma zajmuje się przywracaniem życia zniszczonym butom. Jaka była moja radość, jak usłyszałam, że mogę skorzystać z takiej okazji i uratować moje ukochane buty, które od jakiegoś czasu nie nadają się już do użytku, a cały czas znajdują swoje miejsce w mojej szafie.

Kilka dni po audycji wybrałam się do WoshWosh oddać trzy pary butów: mokasyny, którym przedarła się skórzana podeszwa; buty sportowe, które straciły totalnie kolor i miedziane baleriny, które miały starte czubki i nie za bardzo nadawały się już do noszenia.

Efekt? Byłam pod wrażeniem, a buty wyglądają jak nowe. Tym samym udało mi się zaoszczędzić peniądze, bo zakup nowych podobnych butów kosztowałby mnie znacznie więcej niż ich całkowita renowacja.

Tak więc jeżeli macie swoje ukochane buty lub pomysł, jak chciałybyście zmienić (pofarbować, zmienić kolor, zmniejszyć, zmienić obcas na inny, itp.) którąś parę butów to polecam Wam skorzystanie z ich usług. Tak tak! WoshWosh czyni cuda, a efekt możecie zobaczyć poniżej.










Zdjęcia: TUTAJ


Wszystkie szczegóły dotyczące oddania butów do renowacji znajdziecie na stronie WoshWosh TUTAJ.

Poniżej możecie zobaczyć moje buty po renowacji. Niestety nie zrobiłam zdjęć przed ich oddaniem. Wtedy możnaby zobaczyć, jak wyglądały przed i jaki efekt udało się uzyskać.







poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Odwiedziny w She Is a Riot.

Ostatni weekend to był dla mnie czas na nadrobienie prywatnych zaległości. Zajęcia na studiach pochłaniają ostatnio mój cały czas, ale muszę przyznać, że realizacja projektu z grupą, do której zostałam przypisana to czysta przyjemność więc nie narzekam.

Ale w końcu jednak kiedyś trzeba nadgonić zaległości i zająć się domowymi obowiązkami oraz nadrobić zaległości towarzyskie. W pogoni za wolnym czasem i za przyjemnością znów przez przypadek trafiłam do jednego z moich ulubionych miejsc, czyli She Is a Riot na Mysiej 3 w Warszawie. Trafiłam tutaj kilka miesięcy temu i miałam okazję porozmawiać z właścicielką i założycielką marki o ideii tego miejsca. Ma to być miejsce pełne inspiracji i rozmaitości, ma być szczyptą przyjemności w tym szalonym świecie, chwilą zatrzymania i zapomnienia. A do tego wszystkiego ma być miejscem, do którego warto zajrzeć, kiedy szuka się wyjątkowego prezentu dla kogoś bliskiego. Nie wiem czy mieliście kiedykolwiek odwiedzić to miejsce, ale wydaje mi się, że udało się stworzyć właścicielce właśnie taką przestrzeń, którą opisywała podczas naszej rozmowy. Sama chętnie do niego wracam i wybieram coś dla siebie lub dla bliskich mi osób. I tym sposobem nabyłam: torebkę Zofii Chylak, płytę winylową Adele na prezent, książkę kucharską "What Katie ate?" oraz mój ostatni nabytek "Jeff Bezos i era Amazona". Jest to miejsce różności przeróżnych. Poczynając od francuskich słodkości, po książki dla dzieci, ale także dla dorosłych o tematyce różnej, poprzez albumy muzyczne, ale także fotograficzne, niespotykane na polskim rynku kosmetyki i perfumy i wiele innych ciekawostek, które powodują, że nie można wpaść tu tylko na chwilę.










Udało mi się również odwiedzić w niedzielę Targ Śniadaniowy na Mokotowie i choć było strasznie zimno to miło było zjeść śniadanie na dworze i zakupić do domu kilka lokalnych przysmaków. Dodatkowo trafiliśmy na Panią, która sama przygotowuje karmę dla psów i kotów z samych naturalnych produktów. Zakupiliśmy kilka ciasteczek na próbę dla naszego Rusa, a po rozmowie z Panią stwierdziłam, że jeżeli sama dbam o zdrowe jedzenie to zwierzak również powinien zdrowo jeść. Dlatego od teraz sama mu przygotowuje jedzenie, gotuję kurczaka czy zapiekam rybę w piekarniku, aby nie jadł tych wszystkich sztucznych karm z dodatkiem soi i innych ulepszaczy. Zobaczymy jak długo wytrzyma, bo póki co nie przejął nawyków jedzeniowych swoich właścicieli i uwielbia saszetki kupowane w sklepie. Jeżeli macie zwierzaka i chcielibyście co nie co się dowiedzieć na temat karm przygotowywanych bez ulepszaczy zapraszam na stronę www.psieikocielakocie.pl.







 



Oprócz przyjemności były też domowe obowiązki, które akurat zaliczam do tych miłych i przyjemnych, czyli sadzenie kwiatów i ziół na ogródku oraz tarasie. 



Mam nadzieję, że Wasz weekend był ciekawy, inspirujący, a przede wszystkim, że mieliście chwilę, aby odpocząć.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Odkrywając magiczne miejsca - Lublin

Ostatnie dni to istna pogoń i brak czasu na swoje własne przyjemności, ale za to miałam okazję pobyć kilka dni w jednym z miast, które odkryłam dwa lata temu przy okazji Carnavalu Sztukmistrzów, czyli mowa tu o Lublinie. Jestem zauroczona klimatem tego miasta i ludzi, którzy go tworzą. Lublin to faktycznie miasto inspiracji i trudno się nie zgodzić z ich claimem. Mam tam już nawet swoje ulubione miejsca, które opiszę niebawem: Paleta Smaków, Heca i Trybunalska, a na pewno jest ich znacznie więcej, tylko jeszcze nie udało mi się do nich dotrzeć.


W Lublinie miałam okazję również porozmawiać o moim nowym pomyśle i projekcie, który niebawem rozpocznę realizować. Tak więc niebawem nie tylko o lubelskich fajnych miejscach, ale także o nowym projekcie, który mam nadzieję uda mi się zrealizować. A póki co zapraszam Was na krótki spacer po lubelskiej starówce. Jako, że jestem ogromną fanką kamienic i starej zabudowy, dlatego to ona będzie bohaterem dzisiejszego wpisu.












No dobrze. Jednak udało się znaleźć chwilkę na małą przyjemność i odebrałam paczkę z Risk Made in Warsaw. Zainspirowała mnie najnowsza kolekcja do tego, aby zainwestować w ołówkową spódnicę. Muszę przyznać, że jestem nią zachwycona. Idalnie leży, kryje wszystkie mankamenty, a pośladki wyglądają w niej naprawdę seksownie. Do tego bardzo fajnie wydłuża sylwetkę. Zamierzam ją nosić do białych trampek, balerinek i szpilek. A jak Wam się podoba ta stylizacja?










Może i Was zainspiruje ta stylizacja do zakupu spódnicy ołówkowej, jeżeli jeszcze nie posiadacie takiej w swojej szafie :)

niedziela, 10 kwietnia 2016

Kuchenne rewolucje

Wiosna nadeszła, choć ostatnio pogoda nie dopisuje, ale mam nadzieję, że to tylko przejściowy stan i na zbliżającą się majówkę zawita słońce i ładna pogoda :) A tymczasem razem z ukochaną sąsiadką postanowiłyśmy skorzystać z wiosennych uroków i rozpocząć sezon grillowy. Tak więc w sobotni wieczór, wraz ze znajomymi, oficjalnie otworzyliśmy sezon grillowy.
Potraw na tę okoliczność było sporo, a jako że lubię gotować to postanowiłam przygotować chleb domowej roboty z suszonymi pomidorami i tymiankiem, kurczaka w panierce z herbatnkików, czosnku, pietruszki i masła oraz brownie z sosem buttescotch.







W dzisiejszym poście chciałabym się z Wami podzielić przepisem na nieziemsko pyszne czekoladowe brownie.

Przepis na brownie znalazłam w najnowszej książce "What Katie Ate: weekend Katie", którą gorąco polecam osobom, które lubią potrawy z warzyw, a mięso spożywają tylko od czasu do czasu. Znalazłam w niej sporo fajnych i smacznych przepisów. W swojej biblioteczce posiadam jej ostatnią książkę kucharską, ale niestety było w niej, jak dla mnie, za dużo mięsnych przepisów i rzadko z niej korzystam. Przepis na brownie wykorzystałam na grillowy wieczór, aby trochę osłodzić spotkanie, ale świetnie pasuje na każdą inną okazję. Także wtedy, gdy po prostu mamy chrapkę na coś słodkiego i pysznego.


Podwójne czekoladowe brownie z sosem butterscotch.


Składniki:


  •  110 g masła roztopionego i lekko schłodzonego
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1/2 szklanki cukru pudru
  • 3 jajka z hodowli ekologicznej
  • 3/4 szklanki mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 szklanki kakao w proszku, przesienago
  • 2 łyżki mleka
  • 100 g dobrej jakości gorzkiej czekolady, drobno posiekanej
  • 250 g wiśni ze słoika, dokładnie odsączonych
  • cukier puder do posypania
Słony sos butterschotch:
  • 2/3 szklanki brązowego cukru
  • 1 szklanka śmietany kremówki
  • 75 g masła, pokrojonego w kostkę
  • 1/4 łyżeczki soli morskiej, pokruszonej w moździerzu
Włącz termoobieg i rozgrzej piekarnik do temperatury 180 stopni C. Natłuść i wyłóż papiereme do pieczenia dno i boki brytfanki o wymiarach 28 cm x 18 cm x 3 cm.

Przygotuj sos butterscotch. Umieść wszystkie składniki w rondlu i doprowadź do wrzenia, często mieszając. Gotuj na małym ogniu ok 15-20 min, aż sos zgęstnieje i stanie się gładki. Odstaw do wystygnięcia.

Do miski wlej roztopione masło i ekstrakt z wanilii, wsyp cukier puder, wbij jajka i wszystkie składniki wymieszaj. Przesiej do masy mąkę, proszek do pieczenia oraz kakao i mieszaj drewnianą łyżką, aż powstanie ciasto. Wmieszaj do ciasta mleko, następnie posiekaną czekoladę i wiśnie.

Przełóż połowę ciasta do brytfanki i wygładź jego wierzch. Nałóż warstwę toffii i przykryj resztę ciasta. Piecz 35-40 min lub do czasu, aż ciasto będzie dobrze upieczone w środku, a z wierzchu lekko popęka.

Po wyjęciu pozostaw ciasto w brytfance do całkowitego wystygnięcia i dopiero wówczas pokrój je na porcje. Przed podaniem posyp cukrem pudrem.

Mam nadzieję, że ciasto zasmakuje Wam tak samo, jak mi :)






A po wieczorze pełnym pyszności i w doborowym towarzystwie jajka z pomidorami i siedmioma libańskimi potrawami to wręcz idealny początek kolejnego dnia.



A na koniec jeszcze dwie stylizacje, które ostatnio mnie oczarowały, a może staną się dla Was inspiracją na wiosenne dni.


Źródło: The Sartorialist

I propozycja znalexiona na moim ostatnio ulubionym blogu Garance Dore. Wersja na codzień i do pracy, a także wersja wieczorowa tego samego stroju. Dla mnie świetny pomysł i rozwiązanie, a do tego wygodne i eleganckie.




Tym samym życzę Wam miłego początku tygodnia :)